wtorek, 30 grudnia 2025

„Charlie i fabryka czekolady” feat. Agata Puwalska

 

 

 


 

 

        Ten wiersz – z krystaliczną precyzją snu – przynależy do tytułowej manufaktury Willy'ego Wonki w filmie „Charlie i fabryka czekolady”. „Chór” głosów bohaterów tego filmu (dzieciaków zaproszonych przez WW na jeden dzień do fabryki) „pochodzi […] z fabryki lodu”, potęgując chłód relacji międzyludzkich przesyconych manipulacją i rywalizacją. „Chór nosi czołówki” – pisze w innym fragmencie Alis Ubbo Agata Puwalska – co dobrze symbolizuje znaną nam kapitalistyczną presję „czołowych osiągnięć”, jak też gwiazdorstwa. Dopiero gdy z gromadki bohaterów pozostaje z ekscentrycznym fabrykantem tylko Charlie, skromny chłopiec z ubogiej rodziny acz o wielkim sercu, okazuje się, że cel nie uświęca środków, a ortodroma (czyli najkrótsza droga dzieląca nas od owego celu) nie musi być wcale drogą najlepszą ani najpiękniejszą. Co zostaje nam wizualnie zaprezentowane choćby w postaci fantastycznej, wielokierunkowej przejażdżki Willy'ego i Charliego fabryczną windą poza teren zakładu – do miasta, nękanego przez zupełnie inne problemy niż zawiedziona chciwość, nadambicja czy próżność pozostałych małoletnich uczestników wyprawy tudzież ich opiekunów.

 

 

 

 


 

 

sobota, 8 lutego 2025

O wierszu Kingi Skwiry

 



                     Wiersz Kingi Skwiry stanowi niezwykłe połączenie wymownej sensualności z kreatywnością na poziomie frazeologicznym, grającą „na cały regulator” z oczekiwaniami czytelnika, ba – często te oczekiwania „kiwającą”. Dzieje się tak już w tytule, w którym fraza na koniec świata sugeruje zakończenie typu: „pójdę z tobą...”, tymczasem ów kres okazuje się... faktycznym końcem świata, który dość nieoczekiwanie podmiotka świętuje, w doborowym zresztą towarzystwie. Pierwsze słowa wiersza – ogłaszają mi tutaj noc – nasuwają jednak kolejną hipotezę interpretacyjną, przez którą należy spojrzeć również na tytuł: że wiersz dotyczy zdefamiliaryzowanego doświadczenia codzienności; na koniec świata jemy sól zyskuje wtedy znaczenie na zasadzie, na jakiej miałoby je wyrażenie: „na koniec dnia jemy sól”. Bo cowieczorny rytuał wymaga sensorycznych obrzędów, takich jak jedzenie (zlizywanie?) wspomnianej soli, czy (koniec świata!;) – bycie gryzioną przez boga. To sugestywna wizja, w której da się wszakże dokonać kolejnej przewrotki, przekreślając domniemanie postulowany w poincie voyeuryzm: dopowiedzenie bóg mnie gryzie, [BO] chcę, żeby ktoś patrzył wygląda raczej na wyraz (nad)sumienności sumienia, pragnienia „wszechwidzącości” superego. Uczasowione na koniec świata i odzmysłowione bóg mnie gryzie udowadniają swoją oryginalnością możliwość wielokierunkowości procesów metaforyzacji – wskazując, że obok częstych w tekstach literackich zabiegów konkretyzacji, da się też odkonkretnić poszczególne frazy, zachowując przy tym w pełni ich podskórnie zmysłową aurę.




piątek, 7 lutego 2025

Notka o tomie "Owocnie" Agnieszki Mohylowskiej



Zbiór krótkich, prostych w sensie konstrukcji, eterycznych wierszy, w którym najciekawsze wydaje mi się, jak te teksty naświetlają się wzajemnie (tak np. wiersz o "pękających lub rozcinanych" owocach okazuje się w kontekście wierszy sąsiadujących metaforą kobiecej ciążowości). Druga pozytywna rzecz, to to, że na przestrzeni tomu dochodzi do jakiegoś przepracowania zarysowanych problemów, zmiany perspektywy, że ma się wrażenie podróży z punktu A do B, podczas której zmienia się sama geometria afektów. Przeżycie/ doświadczenie kobiecości jest tu nader ciekawym, wiodącym tematem. Z minusów/ wątpliwości: jest to doświadczenie pokazane w sposób dość jednak stereotypowy, jako próba dryfu między traumatyzującymi podmiotkę męskimi "interwencjami", kojenia ich maścią opisu. Nie można odmówić takim założeniom wewnętrznej szczerości, co jednak, jeśli ktoś nie odnajduje się w tym karnawale ran i ich kolejnych rozdrapywań? Druga wątpliwość dotyczy samodzielności poszczególnych wierszy: można odnieść wrażenie, że wiele z nich nie broni się jako osobne -- wyrwane z kontekstu -- teksty; że wręcz, pozbawione tomikowej ramy, czytane osobno mogą wydawać się infantylne literacko. Jest więc "Owocnie" paradoksalnym przykładem zbioru, w którym wzajemne rzutowanie na siebie wierszy tworzy ciekawy "przepływ" -- ciekawszy niż same poszczególne "slajdy".            


niedziela, 19 stycznia 2025

O tomie "Własny holocaust" Bartosza Konstrata

 

        Ostatni niestety jak dotąd tom Bartosza Konstrata. Jak silny i rozpoznawalny jest to głos, świadczy fakt, że nagradzający tomik juror był przekonany, iż nagradza dzieło autora... podszywającego się pod Bartosza Konstrata. I, w jakimś najbardziej ogólnym sensie, takie „podszycie się” podmiotu mówiącego pod unikalnie jednostkową tożsamość, jak najbardziej w pisarstwie Konstrata zachodzi. Bo ten podmiot to w gruncie rzeczy... figura percepcji (a dokładniej: całego jej spektrum). Taka quasibuddyjska, nieuprzedzona, powolna rejestracja wszystkiego, co pod postacią koronkowo zeszytych metafor przesuwa się przed jego wewnętrznym okiem. Ilość kontekstów filozoficznych, antropologicznych, ich uwikłań w materię wierszy oszałamia, ale też, przede wszystkim, wprawia w konsternację najbardziej prymarną: dotyczącą relacji ożywionego do nieożywionego, ludzkiego do pozaludzkiego, brutalności do delikatności, odziedziczonego do sprawczego, nauki do intuicji, natury do kultury... Kopalnia surrealistycznie zjawiskowych i zastanawiających bon motów, z których szczególnie zabieram sobie dwa: „ludzie [...] są potomkami psychiatrów” i „mięso drapie nas w skórę od wewnętrznej strony”. Całość jak wszechogarniająca medytacja, której stawką jest uchwycenie nietrwałości bytu, nieustanności przemian, (r)ewolucji, rozpadu i śmierci, która bywa początkiem nowego życia. 

 


 

 

O tomie "Mnemotechniki" Jarosława Lipszyca

 

    Jak skonstatował kiedyś Edward Stachura, „wszystko jest poezja”. Jarosław Lipszyc tomikiem Mnemotechniki udowadnia, że może być nią zbiór odpowiednio zestawionych i rozmieszczonych graficznie... artykułów z Wikipedii. Co takie, na pozór zgoła niepoetyckie, teksty, do poezji wnoszą? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba uświadomić sobie kilka cech liryki. Jednym z nich jest koncentracja na pewnym „wycinku rzeczywistości” podtrzymywana przekonaniem, że we fragmencie takim przejawia / manifestuje się całość, lub, co najmniej, jakaś ważna dotycząca jej prawda. To, zwykle raczej implicite przejawiane, przekonanie sytuuje poezję na przecięciu „wiedzy szczegółowej” i „ogólnej intuicji”, odpowiedzialnej za odpowiednie „ujęcie” tej pierwszej.
    Jak w przypadku Mnemotechnik wspomniana ogólna intuicja radzi sobie z wiedzą szczegółową szczególnego rodzaju, a mianowicie – będącą rezultatem myślenia naukowego? Odpowiedź brzmi: niezmiernie ciekawie, wręcz o niebo lepiej, niż robi to większość utworów sięgających po klasyczne / utarte środki poetyckie. Przede wszystkim zyskuje oryginalność, w pierwszym rzędzie treści, lecz także – nie bez zasługi Lipszycowego zacięcia lingwistycznego – niesztampowość formy. Przykład zabawy językowej w utworze „stan krytyczny”:


nas
tępo
wał
oto

stop
ni
owo


wprowadza dobrze do wspomnienia kolejnego waloru tomiku: emanującego zeń ogromnego poczucia humoru i komizmu – dość przywołać utwór pt. „lustracja”, powstały przez połączenie wikipedyjnych haseł: „lustro” i... „kastracja” (sic!)

    Zdecydowanie napomknąć też trzeba o innym plusie zbioru, a więc takim, że można się z niego zwyczajnie (a raczej: naprawdę niezwyczajnie!) wiele dowiedzieć: hasła nieprzypadkowo ułożone są w zapadający w pamięć, mnemotechniczny sposób.

    Na koniec warto dodać, że przedsięwzięcie Lipszyca nie byłoby możliwe, gdyby nie powszechna dostępność (włączając w to możliwość artystycznego „recyklingu”) materiałów z Wikipedii. Mnemotechniki są więc także głosem w sprawie udostępniania dzieł i treści objętych w przeważającej mierze prawami autorskimi. Głosem niezwykle przekonującym – pokazującym, że na kulturowym „wolnym obiegu” zyskują wszyscy, a nikt nie traci.

 

 


 

środa, 11 września 2024

Notka o tomie "Zmyśl[ ]Zmysł" Laury Osińskiej

 

 


 

W takie książki uciekam, gdy zaczynają strzelać za szybami, póki co telewizorów. Autorce udała się megaważna rzecz: wypowiedzieć ją. Miłość jako utratę. I że inaczej nie da się jej wypowiedzieć. Niż własną, niezabliźnioną krwią. "Nie ma takiej miłości, która nie zostawiałaby stygmatów na dłoniach i stopach" pisała Jeanette Winterson w Historii na jedną noc, a swoje słynne Zapisane na ciele zaczęła od słów: "Dlaczego miarą miłości jest jej utrata?". Adamowicz/Osińska w Zmyśle[ ]Zmyśle idzie jej tropem, korelując miłość z (do)tkliwie przeżywanymi szczegółami fizyczności, ale dorzucając do tego ponowoczesną świadomość "(nie)sentymentalizmu ciała" i nader ciekawą refleksję, czy przypadkiem nie jedynie zmyślając jesteśmy w stanie dać wyraz świadectwom naszych zmysłów?

 

O wierszu Emilii Konwerskiej

 







         Tytuł wiersza: „Wystarczy na końcu przeprosić i coś wyznać” wygląda jak zakodowana w zbiorowej nieświadomości wersja poradnika typu „How to quit emotional conflicts and enjoy your life” (w bardzo wolnym tłumaczeniu: „Jak przestać się martwić i pokochać bombę atomową”). Już pierwszy wers („byłabym szczęśliwa, nawet otwierając drzwi za pomocą klucza”) sugeruje jednak, że podobne rozwiązanie to... wytrych. Lub: wyważenie otwartych drzwi? Znajdujemy się wszak w „łatwy[m] labiryn[cie]”, który w odróżnieniu od „typow[ego], krwaw[ego] konflikt[u]” mamy niepowtarzalną okazję, w upuście albo wręcz dając upust „zdrowego rozsądku”, zaszeregować jako – wymagającą dyskrecji tudzież sterowalną za pomocą indywidualnych wyborów, w tym wyboru nadmiernej uprzejmości – sferę prywatną. Tymczasem taka przesadna grzeczność daje w rezultacie zagubienie, wręcz niepewność zaistniałych faktów. Jak w drugim wersie: „ale spieszę się do walki, która moim zdaniem trwa już dobę”, gdzie kurtuazyjne wtrącenie „moim zdaniem” obniża wiarygodność relacji podmiotki lirycznej, każąc treść tej relacji przyporządkować do – będącego domeną osobistych, subiektywnych ocen – życia prywatnego. Najciekawszy w wierszu jest brak doprecyzowania sytuacji wypowiadania, której nie da się czytać w kategoriach wyznania czy emocjonalnego utożsamienia, a należałoby raczej uznać za rodzaj performansu polegającego na ponownym odgrywaniu („re-enacting”) tego, co uwiera peelkę w tzw. ludowych przepisach na szczęście i skonfrontowaniu z tak zastałymi „mądrościami” czytelniczki.


„Charlie i fabryka czekolady” feat. Agata Puwalska

                    Ten wiersz – z krystaliczną precyzją snu – przynależy do tytułowej manufaktury Willy'ego Wonki w filmie „Charlie i f...