Wisława
Szymborska – Psalm
O,
jakże są nieszczelne granice ludzkich państw!
Ile to chmur nad
nimi bezkarnie przepływa,
ile piasków pustynnych przesypuje się
z kraju do kraju,
ile górskich kamyków stacza się w cudze
włości
w wyzywających podskokach!
Czy muszę tu
wymieniać ptaka za ptakiem jak leci,
albo jak właśnie przysiada
na opuszczonym szlabanie?
Niechby to nawet był wróbel – a już
ma ogon ościenny,
choć dzióbek jeszcze tutejszy. W dodatku –
ależ się wierci!
Z nieprzeliczonych owadów poprzestanę na
mrówce,
która pomiędzy lewym a prawym butem strażnika
na
pytanie: skąd dokąd – nie poczuwa się do odpowiedzi.
Och,
zobaczyć dokładnie cały ten nieład naraz,
na wszystkich
kontynentach!
Bo czy to nie liguster z przeciwnego brzegu
przemyca
poprzez rzekę stutysięczny listek?
Bo kto, jeśli nie mątwa
zuchwale długoramienna,
narusza świętą strefę wód
terytorialnych?
Czy można w ogóle mówić o jakim takim
porządku,
jeżeli nawet gwiazd nie da się porozsuwać,
żeby
było wiadomo, która komu świeci?
I jeszcze to naganne
rozpościeranie się mgły!
I pylenie się stepu na całej
przestrzeni,
jak gdyby nie był wcale w pół przecięty!
I
rozleganie się głosów na usłużnych falach
powietrza:
przywoływawczych pisków i znaczących
bulgotów!
Tylko co ludzkie potrafi być prawdziwie
obce.
Reszta to lasy mieszane, krecia robota i wiatr.
W
wierszu Wisławy Szymborskiej od pierwszego wersu na pozór to
przyroda/natura (w węższym rozumieniu) „wcina się”
niszczycielsko w pedantyczny porządek cywilizacji. Na pozór, bo,
choć krytyka zdaje się dotyczyć właśnie przyrody, to jednak daje
się tu rozpoznać zabieg zwany antyironią, gdzie pozorne zarzuty
okazują się w istocie komplementami pod adresem fenomenów natury.
(Nomen omen) żywotność przyrody okazuje się o wiele bliższa
życiu ludzkiemu, niż obnażone przy okazji przywary przedstawicieli
naszego gatunku, takie jak wspomniana pedantyczność, bezmyślne
posłuszeństwo rozkazom i konwencjom, przesadna skłonność do
dzielenia, segregowania (zwłaszcza pod kątem „terytorialnym”) i
naklejania etykietek, aż ginie w nich cała złożoność prawdy o
rzeczywistości. I tak np. personifikacja: „ile górskich kamyków
stacza się w cudze włości / w wyzywających podskokach!”
wskazuje na ciasność (wręcz groteskowość) ludzkiego osądu
rzeczywistości, który wszelkie przejawy tej ostatniej „przykrawa”
do antropocentrycznej perspektywy.
Spróbuję
prześledzić teraz po kolei wszystkie te pozorne zarzuty, poczynając
od jedynego chyba miejsca w tekście, gdzie krytyka ludzkiej
cywilizacji jest wyrażona niejako explicite,
czyli od jego początku. „O, jakże są nieszczelne granice
ludzkich państw!” – brzmi niczym lament hydraulika czy
inżyniera, homo
faber
utyskującego na niedoskonałość, „niesforność” materiału,
który ma czelność zachowywać się z nieprzewidywalną logiką
żywego organizmu, nie zaś – z niezawodnością mechanicznej
kalkulacji swojego „operatora”. I już kolejny wers wskazuje
winowajcę: to „bezkarnie przepływające chmury”, kpiące z
techno- i biurokratycznych systemów prawno-organizacyjnych! Coś się
tu, mówiąc kolokwialnie, „nie zgadza”; zachodzi (mgliste na
razie) podejrzenie, że człowiek nie tyle „urabia” bierną
przyrodę na swoją modłę, co stanowi jej znikomą cząstkę
podlegającą jej nieobliczalnym wpływom. „Ile piasków pustynnych
przesypuje się z kraju do kraju!” – brzmi kolejny dowód w tym
pokazowym procesie o „nieszczelność granic”, w którym bardziej
pojętny mecenas dopatrzy się raczej braku głębszego znaczenia i
arbitralności podziału planety na państwa (które w tym ujęciu
mogą się kojarzyć z przestawianymi raz w tę, raz w drugą stronę
komorami klepsydry) niż zasadnego zarzutu wobec posadzonej na ławie
oskarżonych Matki Natury.
„Czy
muszę tu wymienić ptaka za ptakiem jak leci, / albo jak właśnie
przysiada na opuszczonym szlabanie?” – następuje ciekawa, lekka
(„jak piórko”) gra dosłownym znaczeniem frazeologizmu „jak
leci”, z której żartobliwości wyłania się jednak zaraz potem
znak
firmowy
twórczości Noblistki, a mianowicie – wielkie, à
la
dziecięce zadziwienie światem i jego pozornie oczywistymi prawami.
„Niechby to nawet był wróbel, a już ma ogon ościenny, / choć
dzióbek – jeszcze tutejszy” – ten na pozór humorystycznie
niefrasobliwy opis mieści w sobie bardzo wiele treści, skłaniając
do refleksji, na ile człowiek nie jest „z natury” (a właściwie,
w jeszcze większym stopniu: „z kultury”) jak ten wróbel –
hybrydą rozmaitych miejsc (choćby tych, z jakich pochodzą jego
przodkowie) i wpływów kulturowych i etnicznych nabywanych w ciągu
całego życia. Zarazem jest w tym przeciwstawieniu „ościenności”
i „tutejszości” jakaś groteskowo złowroga nuta, która kazała
mi przypomnieć sobie dzięcięcy sen. Śniło mi się wówczas, że
wychodziłam na dwór i bawiłam się z rówieśnikami na jednym z
dwóch podwórek. Następnie, gdy się już ściemniło, żegnałam
się z kolegami i wracałam do domu, co jednak w owym śnie stanowiło
nie lada wyzwanie – mój dom znajdował się bowiem... pod
zaborami, a granica pomiędzy nimi przechodziła przez środek
podwórka! Musiałam przedzierać się do domu opłotkami, myląc
czujność strażników po obydwu stronach. Dziwność, a zarazem
werystyczny wręcz realizm tego snu kazały mi go dobrze zapamiętać,
jako wyraz pierwszego dziecięcego zetknięcia i prób uzgadniania ze
sobą dwóch opozycyjnych obszarów rzeczywistości: cywilizacji i
natury (to ostatnie pojęcie tutaj w rozumieniu być może szerszym
niż sam żywioł przyrody, mogłoby w tym kontekście obejmować
wszystko, co dla mnie jako dziecka było swojskie czy „naturalne”).
Naród to „wspólnota wyobrażona” – głosił w swej słynnej
książce politolog i historyk Benedict Anderson, a w
przeciwstawieniu „ościennego ogona” i „tutejszego dzióbka”
wyraża się może najpełniej cała zadziwiająca abstrakcyjność
podobnie (nie)ludzkich konstruktów. „W dodatku – ależ się
wierci!” – zantropomorfizowane podsumowanie zachowania wróbla
przywodzi ponownie na myśl rzuconego w wir nacjonalizmów, poddanego
niewygodnym i uciążliwym „zaborom wyobraźni” człowieka.
„Z
nieprzeliczonych owadów poprzestanę na mrówce” – w ten sposób
powraca wizja jednostkowego istnienia jako maleńkiej, niewiele
znaczącej cząstki zarówno „mrowiska”, jak i obojętnej na jego
obecność natury. „Trybika w machinie”, który zarazem „na
pytanie: skąd dokąd – nie poczuwa się do odpowiedzi”. Zaraz,
zaraz, czy wciąż mowa o mrówce? Czy to nie człowiek wyznaczył
sobie (nad)ambitne zadanie przekraczania wszelkich granic,
„sięga[nia], gdzie wzrok nie sięga”, „zobacz[enia] dokładnie
cał[ego] t[ego] nieład[u] naraz, na wszystkich kontynentach”,
jednocześnie tworząc tak totalitarne i represyjne systemy, jakich
żadne zwierzę nie potrafiłoby zbudować? Więcej – zamykając w
podobnych więzieniach także (a nawet, ilościowo patrząc, przede
wszystkim) rośliny i zwierzęta? Liguster-przemytnik i
mątwa-agresorka to wszak kolejni podejrzani we wszechogarniającym
śledztwie w sprawie „cał[ego] t[ego] nieład[u]”.
„Czy
można w ogóle mówić o jakim takim porządku, / jeżeli nawet
gwiazd nie da się porozsuwać, / żeby było wiadomo, która komu
świeci?” – brzmi kolejne pytanie retoryczne, wyrażające
tęsknotę za „jakim takim” ładem. Jednak „naganne
rozpościeranie się mgły” i „pylenie się stepu na całej
przestrzeni, jak gdyby nie był wcale w pół przecięty” kładą
kres tej mrzonce. Pomoc nie nadejdzie ze strony „usłużnych fal
powietrza”, w których zachodzi „rozleganie się głosów”:
„przywoływawczych pisków i znaczących bulgotów”.
Człowiek jest bowiem zapewne jedyną istotą wyobcowaną ze swojej natury: człowieczeństwa. Tak
czytam końcowy paradoks: „Tylko co ludzkie potrafi być prawdziwie
obce”. W ostatnim wersie dochodzi do kumulacji różnych znaczeń
tej „nieludzkości”: „lasy deszczowe” sugerują pierwotną
(choć, jak wiemy, obecnie coraz bardziej zagrożoną przez
działalność człowieka) przyrodę; „krecia robota” konotuje
zarówno – porażająco nieludzkie
i ślepe na konsekwencje – działania dywersyjne człowieka przeciw
człowiekowi, jak i, w sensie dosłownym, zachowania stricte
zwierzęce; podsumowujące wiersz sformułowanie: „i wiatr” brzmi
trochę, jakby autorka, a właściwie podmiot liryczny rzucał(a)
(auto)ironiczne słowa: „i szukaj wiatru w polu”. Bo nie wiadomo
już, w której z opozycyjnych przestrzeni: represyjnej kulturze czy
odsądzanej od czci i wiary naturze, jest tego człowieczeństwa
mniej.
Na
koniec – last,
but not least
– warto przyjrzeć się bliżej tytułowi wiersza i jego
konsekwencjom formalnym. Jak czytamy w „Słowniku terminów
literackich”, psalm to „hebrajska pieśń religijna o charakterze
modlitewno-hymnicznym”, zaś
Uniwersalna
zasada kompozycyjno-stylistyczna poezji hebrajskiej, jaką stanowi
paralelizm elementów synonimicznych, antytetycznych lub wzajem
dopełniających się, wymagała w przekładach psalmów rozwiązań
stylistycznych nadających przekazom lirycznym charakter podniosły,
uroczysty i niezwykły.
Świadoma
stylizacja biblijna dostarczyła zatem dodatkowej motywacji dla
charakterystycznego dla wierszy Szymborskiej zadziwienia
(nie)zwykłością, a przełamana równie typowym dla Noblistki
humorem podniosłość pozwoliła lepiej unaocznić fakt wprowadzenia
przez człowieka opozycyjności naszych życiowych przestrzeni,
podzielonych dychotomicznie na „kulturę” i „naturę”,
„ludzkie” i „nieludzkie”.