czwartek, 18 lipca 2024

Impresja o "Pogodzie" Lisy Robertson w tłumaczeniu Małgorzaty Myk

 

„Choć wiele wskazuje na płynność i zmienność wewnętrznego tworu, jakim jesteśmy, to jednak uważamy siebie za istoty o trwałej tożsamości i jest to jedno z naszych głębokich przeświadczeń”. – pisze Jolanta Brach-Czaina w eseju „Lodowiec” z Błon umysłu. A co, gdyby to płynność i zmienność były naszym utrwalonym (sic!) dziedzictwem – do tego stopnia, że musiałybyśmy uczyć się od podstaw, krok po kroku, trwałości, niejako ją wytwarzać, jak czyni to Lisa Robertson w swoim oryginalnym dyskursie meteorologiczno-poetyckim:


„powiedz, trwałe stany niepokoju

być może teraźniejszości, powiedz, do czego jesteśmy

uwalniane raz po raz lepkość

naucz się na pamięć lepkości naucz się na pamięć

bycia uwalnianą i ptaków ułożonych

w swoim drzewie (...)”


„Zapatrzeni w szybkie zmiany, ufając tylko temu, co się żywo rusza, w gruncie rzeczy skazujemy się na migotanie” – stwierdza dalej we wspomnianym eseju polska filozofka. Mówisz i masz! – odpowiada (chronologicznie wcześniej) Lisa Robertson, kiedy w jednej ze swych próz poetyckich ewokuje wyraźnie naszą zmienną, „gwiezdnoproszkową” naturę: „Tu jest dom. Tu jest system. Czas wylewa się z jego ust. Projektujemy go, migocząc”.


Co tu się właściwie dzieje? Czy to niezwykłe zespolenie z przyrodą, wyrażające się w nadaniu podmiotce zbiorowej cech gwiazd, da się aby zredukować do zabiegu depersonifikacji? Czy raczej należałoby ten i podobne zabiegi czytać jako kłącze złożone z licznych hypallage, gotowych rozszczelnić wspomniany przez poetkę „system”, pokazać jego, opozycyjną względem tradycyjnie wiązanej z nim trwałości (że sobie na neologizm pozwolę) migotkliwość? „Uwodzimy trwałość” – ach, więc to tak: aplikując względem solidności działania przygodne i „upłynniające”, w gruncie rzeczy dopiero w y t w a r z a m y ją!


„Nasza płeć to zabawkowa pogoda” – pisze w innym miejscu Robertson, wskazując na kulturowo- („zabawkowa” )naturalny („pogoda”) tygiel, w jakim kształtuje się nasza płciowość. Nie jest to jednak twór dychotomiczny, a raczej laboratorium, gdzie dochodzi do k o n s t r u o w a n i a zjawisk uznawanych dotychczas za podległe wyłącznie naturze, takich jak pogoda właśnie, stanowiąca, zgodnie z mottem z Waltera Benjamina, jeden z fenomenów, które „(...) [p]ozostają wprzęgnięte w krążenie wiecznego powrotu tego samego, póki zbiorowość nie zawładnie nimi w polityce i póki nie narodzi się z nich historia”.


Kanadyjską poetkę interesuje kategoria powierzchni. Bada więc nie tylko dyskurs meteorologiczny w jego ujęciu historycznym, ale także nasze „pogodowe” (i inne) small talks. Czy klimatowi/pogodzie da się prawić komplementy? Okazuje się, że jak najbardziej – nie zaniedbując przy tym subwersywności takich praktyk: „Dotarłyśmy tu około trzeciej. Była atmosfera inności. Jaka to jest ładna rzecz”.



 

 

wtorek, 11 czerwca 2024

Czy biedronka (wy)grywa w klasy? O wierszu Ireny Dowgielewicz "Stadion dla biedronki"

 







Tytułowe stworzonko bywa bohaterką utworów poetyckich, choćby pamiętnej „Satyry na bożą krówkę” Gałczyńskiego. O ile jednak Zielony Konstanty rozpoczyna swój utwór od wymownych słów: „Po cholerę toto żyje?”, o tyle Irena Dowgielewicz proponuje coś wręcz przeciwnego: wyobrażenie ludzkiego ciała jako stadionu dla tego barwnego owada.


Skąd w autorce, żyjącej w latach 1917-1987, takie otwarcie na, wydawałoby się dzisiaj, współczesną nam dopiero myśl ekokrytyczną, podkreślającą współbycie i równorzędność wszelkich istot? Zacznijmy zresztą może od jeszcze szerszego pytania: skąd w ogóle otwarcie, co ono niesie i dokąd pozwala nam zmierzać? Czy nie jest ono przypadkiem pochodną konieczności nieustannego – i w pełni dosłownego – otwierania się na świat, wdzierający się do naszego organizmu pod postacią haustów powietrza, które tak pięknie opisała Jolanta Brach-Czaina w Błonach umysłu?


A zatem – oddychamy. To pozwala nam ćwiczyć refleksyjną medytację, radosną jogę, którą na potrzeby parafrazy przesłania utworu określiłabym jako „powitanie świata”. Wzrok schodzi z wywindowanego w lektyce bądź na cokole/piedestale człowieka i zaczyna rozglądać się dookoła. W ten sposób zauważa mnogość zjawisk i stanów rzeczy, z których najważniejsze wydają się konstatacje, że Ziemia jest „ojczyzną ludzi”, ale też „dziedzictwem zwierząt” i „carstwem wielogłowej kapusty i pąków lipowych” oraz że to ona „uczyni ze mnie stadion dla biedronki”.


Tu pauza, odpowiadająca zaczernionej kropce ćwierćnuty albo myślnikowi na zebranie myśli. Bo: po co biedronce stadion? Czy jest mistrzynią świata wśród owadów w bieganiu mi po ramieniu? A może pragnie zagrać w klasy na moich piegach i pieprzykach, ucząc mnie przy okazji, co to prawdziwy egalitaryzm? Że żadne przeszkody, rozrzucone pod jej odnóżami, nie zniechęcą jej i nie pokonają? „Dlaczego ogórek nie śpiewa?” – pytał Konstanty Ildefons, a ja Was zapytuję: dlaczego nie dajecie biedronce wystąpić w barwach Waszych ulubionych drużyn (a więc – summa summarum – w tęczowych barwach)? Nie oczerniajmy pochopnie biedronki! Przynajmniej dopóki jej inwazyjna, (wielk)okropna, zmutowana niczym po sterydach wersja nie przysiądzie nam na ramieniu...



środa, 3 stycznia 2024

(Nie)ludzki (dys)komfort. O wierszu pt. „komfort” Tomasza Lorenca

 




Tytuł wprowadza w błąd – w kontekście dwóch pierwszych wersów:


„trzeba czasem napisać coś po ciemku

nauczyć się płakać pod wodą”


sugeruje pewnego rodzaju symbiotyczne i pokojowe wtopienie się podmiotu w otoczenie. Tymczasem już kolejny dwuwiersz temu przeczy, unaoczniając, że człowiek, ludzki obserwator jest tym, który dokonuje bezprawnej inwazji i aktów segregacji, w dodatku budując na nich swoją strefę komfortu:


„różnica między rybą a wodą

paruje ze mną [...]”,


na zasadzie: „po nas choćby potop”. Następuje seria kontrastowo zestawionych obrazów cierpienia złowionej i oprawianej ryby („skóra gdzieś wtedy schodzi”, „przekrwiona spojówka”, „nie rusza ustami”, „krzyk”) i pogrążającego się w bezmyślnej, nieuzasadnionej homeostazie człowieka („wygodne łożysko, mam ikrę / kawior nawet”, „wycieram wodę / jest już sucha, nie wyparła mnie / jest dobra, wlewa mi z powrotem / [...] ławicę szklistą”. Widać wyraźnie, że to wcale nie woda, a człowiek w y p i e r a. Po pierwsze, okrucieństwo, z jakim traktuje przyrodę; po drugie, fakt, że na tym okrucieństwie funduje swój błogostan, „rozpieszczone powieki”. I wreszcie to, że protekcjonalna ludzka idea, żeby pozwalać tym jeszcze-nie-złowionym rybom zawczasu „płakać pod wodą” okazuje się (skorelowanym z jałowym patrzeniem „otwartymi oczami” zamiast „widzenia sercem”) „pisaniem po ciemku”. Tak wiersz się zamyka – i otwiera, jak skrzela ryby. I działa – mnie, fałszywą, bo dopuszczającą jedzenie ryb, wegetariankę, przekonał do rezygnacji z tego pokarmu.


wtorek, 7 marca 2023

Berenika się buntuje. Interpretacja wiersza "Noc" Anny Tokarskiej

 

Anna Tokarska – Noc

Wysypuję was
wszystkie miałkie
niepotrzebne słowa
ścieram z twarzy
ślady spojrzeń
nieproszonych
teraz mogę
aż do świtu
rozplatać i zaplatać
warkocz Bereniki
teraz mogę
powtarzać cię
z pamięci
piękniejszego
o odległość






Berenika się buntuje


Noc – pora tajemnic i niejednoznaczności. Już pierwsze słowo wiersza, za sprawą inicjowanej przezeń swoistej reifikacji, stanowi zagadkę: czy mowa o „wysypywaniu” („niepotrzebnych” przecież) „słów” do kontenera niepamięci / nieświadomości / snu, jak przed epoką plastikowych worków wysypywało się wieczorem śmieci z kubełka do śmietnika, przy okazji podziwiając bezmiar gwiezdnych konstelacji? Czy raczej chodzi o wysypywanie ze słów pewnego rodzaju mandali, formy buddyjskiej medytacji, która może być m.in. usypywana z piasku, a której kolista część powinna dotyczyć sfery niebiańskiej, transcendencji i nieskończoności? Obie te domniemane czynności łączy oczyszczający aspekt, pozbywanie się (co)dziennych zaszłości. Pozwalając sobie na odrobinę gry słownej, można by przyjąć, że wiersz traktuje o man-dali, jako odległości dzielącej kobiecy podmiot od ukochanego mężczyzny.

Odległość ta funkcjonuje w historii i w mitach, takich jak ten o Berenice, żonie króla Ptolemeusza III, który wyruszył na wojnę, zostawiając małżonkę, by strzegła domowego ogniska. Królowa obiecała Afrodycie, w zamian za powrót męża, ofiarę z warkocza. Ptolemeusz powrócił cały i zdrowy, a Berenika dotrzymała umowy i złożyła bogini w ofierze kłos swoich pięknych włosów. Mit mówi, że następnego ranka po warkoczu nie zostało w świątyni ani śladu. Ptolemeusz wpadł w gniew i chciał ukarać strażnika, którego przed zemstą władcy uchronił nadworny astronom, twierdząc, że warkocz królowej tak się sposobał bogini, że przeniosła go na niebo w postaci gwiazdozbioru. To tłumaczenie przypadło do gustu Ptolemeuszowi, który wybaczył nieszczęsnemu strażnikowi. Warkocz Bereniki stanowi zatem symboliczną cenę odzyskania bliskości i harmonii między dwojgiem zakochanych w sobie ludzi.

Poetka kładzie na szali ów mityczny warkocz, pozwalając peelce1 jednocześnie zachwycać się swoim wybrankiem dzięki dzielącym ją od niego latom świetlnym, jak i – intymnie i dotykalnie – na przemian „rozplatać i zaplatać warkocz Bereniki”, niczym również czekająca na powrót męża Penelopa, tkająca i prująca każdej nocy swoje płótno. Anna Tokarska zdaje się przemawiać w imieniu wszystkich kobiet porzuconych przez mężów w imię „wyższych spraw”, „historycznej konieczności”, itp.; żon, które po powrocie swych małżonków mogą liczyć co najwyżej na ubóstwienie swojego wyglądu (prawdopodobnie i tak już nadwątlonego przez długotrwałość rozłąki).

Poetka proponuje znaczące odwrócenie: to kobieta zdobywa się na dystans, oceniając męską urodę, a kanwą opowieści czyni to, co obecne tu i teraz: przygotowania do udania się na spoczynek i własną cielesność. W tym sensie blisko jej do tradycji arachnologii, która przeprowadzała analogię między opowiadaniem/ wyrażaniem doświadczenia kobiecości a wysnuwaniem przez pajęczycę nici z własnego ciała. Tak też zarysowuje się możliwość buntu przeciwko totalności his-story, możność opowiedzenia się po stronie tego, co kryje w sobie potencjał innego, arachnologiczno-herstorycznego2 ujęcia: nocy obdarzającej splotem nie-wypadków. Wiersz Tokarskiej można więc czytać jako zaproszenie do przewartościowania znaczenia biernej strony czasu, tej ciemnoty, w której najgłębszym sercu przeczuwa[my]


jakąś cichą prawdę
i, choć to daremne, gotowi bylibyśmy walczyć o niepodległość
tego skromnego królestwa, dlatego mówimy: odejdź,
mówimy: odejdź, dniu
3.


jak nie bez ironii określa w „Wierszu dla Elizabeth Bishop” fikcyjną matriarchalną społeczność Julia Fiedorczuk. Symbolicznie wskazuje tym samym, że kobiecość implikuje brak światła słonecznego, gdyż kobieta należy do Nocy.













1Peelka – żeńska forma skrótu „peel” (od „podmiotu lirycznego”).

2„Herstory (herstoria) – neologizm stworzony przez amerykańskie feministki drugiej fali, będący elementem krytyki tradycyjnego pisarstwa historycznego; gra słów her-story (jej historia, jej opowieść) tworzyła przeciwwagę dla his-story (jego historia, jego opowieść). Odrzucenie pojęcia history i zastąpienie go słowem herstory było elementem szerszej krytyki i próbą zmiany patriarchalnego języka […]. Głównym zadaniem badaczek herstory było odkrycie i napisanie nieistniejącej dotąd historii kobiet [...]”. Sylwia Kuźma-Markowska, hasło „Herstory (herstoria)” [w] Encyklopedia gender, red. I. Misiak, M. Tytuła, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2014, s. 179-182.

3Julia Fiedorczuk, „Wiersz dla Elizabeth Bishop”, [w] tejże: Tuż-tuż, Biuro Literackie, Wrocław 2012, s. 30-31.

środa, 27 lipca 2022

Przepis na geniusza epoki

        Człowiek owładnięty epokizmem uważa własną epokę za najlepszą i najbardziej reprezentatywną, za wzorcowy przedmiot – i źródło – procesów poznawczych. Zwykle nie zastanawia się, dlaczego tak myśli, ale gdyby się zastanawiał, doszedłby pewnie do wniosku, że albo A) powoduje nim kult nowoczesności – uważa swoją epokę za najlepszą, bo ostatnią, jaka miała miejsce, albo B) postępuje w myśl naszyzmu – jest najlepsza, bo (jego) własna (nawet jeśli ciasna). Kult nowoczesności wiąże się z odczuwalną szybkością postępu, która od co najmniej dwóch stuleci rośnie wraz z upływem czasu. Naszyzm to zapewne pozostałość pierwotnego hiperetnocentryzmu, czy też, ściślej biorąc, odpowiednik tej przestrzennej orientacji na "tutaj" w odniesieniu do czasu, w postaci silnego zorientowania na "teraz". Ta wybuchowa mieszanka (w różnych proporcjach) propostępowości i rudymentaryzmu wyzerowuje człowieka, nawet jeśli chce on zostać geniuszem. Bo przecież geniusz wykracza poza swój czas, nie tylko w tym sensie, że go wyprzedza, ale też, że wchłonął w siebie epoki go poprzedzające i tasuje je z wielką zręcznością, raz stając się średniowieczną damą pik, kiedy indziej – postapojokerem. Geniusz nie reprezentuje epokizmu, a epokinetyzm. Jest, owszem, głodny kolejnych godzin, bez ustanku oblizuje zegar, a jednak wie, że, parafrazując Norwida, "duchem sponad Chaosu się wziął" i zbyt wielkie łakomstwo sprawia, że "utyka" on mijający czas nazbyt ciasno w swoim brzuchu, przez co nie zdąży udzielić światu wskazówek, które w nim tkwią. Geniusz wie, że tarcza zegara codzienności musi zmaleć jak księżyc – tylko wtedy powstanie – "nów". Dlatego ją ogryza, jak jabłko – aż do rdzenia (core). Historia ludzkości jest (by posłużyć się komputerową z lekka analogią) bardziej historią ogryzków niż okien – bezpiecznych, transparentnych fasad. Wgryź się w ja-błonkę epoki, zachłyśnij się sokiem, połknij kilka pestek – wyhoduj szampiona.

 

czwartek, 16 grudnia 2021

"OPATRUNEK Z PIASKU" – RECENZJA TOMIKU POEZJI DOROTY BACHMANN

Wydanemu w 2009 r. debiutanckiemu tomowi Doroty Bachmann „Opatrunek z piasku” przyświeca duch buddyzmu zen. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że jej wiersze są zbyt hermetyczne dla czytelnika wychowanego w odmiennej kulturze. Przeciwnie: to dzięki „zenowskiemu” podejściu poezja ta zaskakuje niezwykle wnikliwym wglądem w, będącą udziałem ludzi Zachodu, rzeczywistość.

Kluczem do przeniknięcia tej rzeczywistości okazuje się tytuł pierwszego wiersza: „Przytomność” (tak mógłby się z powodzeniem nazywać cały tom.) Wiersz ten nieprzypadkowo inicjuje zbiór, dotyczy bowiem pierwszego ludzkiego, przeżytego indywidualnie doświadczenia: narodzin. Tyle, że „od drugiej strony”: podmiotem lirycznym jest kobieta rodząca dziecko w nieprzyjaznym, konserwatywnym, prawdopodobnie szpitalnym otoczeniu. Treść utworu pozwala rozpoznać bohaterkę jako uwikłaną w płeć, w nakazujące jej m.in. nieskazitelny wygląd stereotypowe oczekiwania społeczne. I tylko od naszej czytelniczej przytomności zależy, czy zobaczymy w tak zmanipulowanej matce osobę w głębi swojej istoty martwą (co może symbolizować motyw „najdłuższych w świecie paznokci” – wiadomo, że te ostatnie rosną także zmarłym.)

Podobnie totalna metaforyka pojawia się i w pozostałych trzydziestu kilku utworach poetki. Mówią one o sprawach tak różnych, jak istota Boga, śmierci, sztuki, miłości, zmiany sposobów spędzania czasu i postrzegania świata na skutek postępu technologicznego, czy nasz stosunek do zwierząt. Zaglądamy do „rodzinnego domu wariatów”, na plan filmu Larsa von Triera, do sypialni kobiety współczesnej, między karty powieści „Mistrz i Małgorzata”, w zakamarki umysłu połączonego z cierpiącym, schorowanym ciałem. Czytając, wierzymy, że „czarodziejska górka jest za siedmioma krokami”, i choć ostatni utwór („Padanie”) może symbolizować śmierć, to po tak głębokiej, bogatej w sensy i wzruszenia podróży przez życie – że zacytuję innego świetnego współczesnego poetę Mirosława Mrozka: „aż chce się umierać!”



Dorota Bachmann "Opatrunek z piasku" , Wydawnictwo Kwadratura 2009

sobota, 28 sierpnia 2021

O "Psalmie" Wisławy Szymborskiej

 

Wisława Szymborska – Psalm

O, jakże są nieszczelne granice ludzkich państw!
Ile to chmur nad nimi bezkarnie przepływa,
ile piasków pustynnych przesypuje się z kraju do kraju,
ile górskich kamyków stacza się w cudze włości
w wyzywających podskokach!

Czy muszę tu wymieniać ptaka za ptakiem jak leci,
albo jak właśnie przysiada na opuszczonym szlabanie?
Niechby to nawet był wróbel – a już ma ogon ościenny,
choć dzióbek jeszcze tutejszy. W dodatku – ależ się wierci!

Z nieprzeliczonych owadów poprzestanę na mrówce,
która pomiędzy lewym a prawym butem strażnika
na pytanie: skąd dokąd – nie poczuwa się do odpowiedzi.

Och, zobaczyć dokładnie cały ten nieład naraz,
na wszystkich kontynentach!
Bo czy to nie liguster z przeciwnego brzegu
przemyca poprzez rzekę stutysięczny listek?
Bo kto, jeśli nie mątwa zuchwale długoramienna,
narusza świętą strefę wód terytorialnych?

Czy można w ogóle mówić o jakim takim porządku,
jeżeli nawet gwiazd nie da się porozsuwać,
żeby było wiadomo, która komu świeci?

I jeszcze to naganne rozpościeranie się mgły!
I pylenie się stepu na całej przestrzeni,
jak gdyby nie był wcale w pół przecięty!

I rozleganie się głosów na usłużnych falach powietrza:
przywoływawczych pisków i znaczących bulgotów!

Tylko co ludzkie potrafi być prawdziwie obce.
Reszta to lasy mieszane, krecia robota i wiatr.




        W wierszu Wisławy Szymborskiej od pierwszego wersu na pozór to przyroda/natura (w węższym rozumieniu) „wcina się” niszczycielsko w pedantyczny porządek cywilizacji. Na pozór, bo, choć krytyka zdaje się dotyczyć właśnie przyrody, to jednak daje się tu rozpoznać zabieg zwany antyironią, gdzie pozorne zarzuty okazują się w istocie komplementami pod adresem fenomenów natury. (Nomen omen) żywotność przyrody okazuje się o wiele bliższa życiu ludzkiemu, niż obnażone przy okazji przywary przedstawicieli naszego gatunku, takie jak wspomniana pedantyczność, bezmyślne posłuszeństwo rozkazom i konwencjom, przesadna skłonność do dzielenia, segregowania (zwłaszcza pod kątem „terytorialnym”) i naklejania etykietek, aż ginie w nich cała złożoność prawdy o rzeczywistości. I tak np. personifikacja: „ile górskich kamyków stacza się w cudze włości / w wyzywających podskokach!” wskazuje na ciasność (wręcz groteskowość) ludzkiego osądu rzeczywistości, który wszelkie przejawy tej ostatniej „przykrawa” do antropocentrycznej perspektywy.

        Spróbuję prześledzić teraz po kolei wszystkie te pozorne zarzuty, poczynając od jedynego chyba miejsca w tekście, gdzie krytyka ludzkiej cywilizacji jest wyrażona niejako explicite, czyli od jego początku. „O, jakże są nieszczelne granice ludzkich państw!” – brzmi niczym lament hydraulika czy inżyniera, homo faber utyskującego na niedoskonałość, „niesforność” materiału, który ma czelność zachowywać się z nieprzewidywalną logiką żywego organizmu, nie zaś – z niezawodnością mechanicznej kalkulacji swojego „operatora”. I już kolejny wers wskazuje winowajcę: to „bezkarnie przepływające chmury”, kpiące z techno- i biurokratycznych systemów prawno-organizacyjnych! Coś się tu, mówiąc kolokwialnie, „nie zgadza”; zachodzi (mgliste na razie) podejrzenie, że człowiek nie tyle „urabia” bierną przyrodę na swoją modłę, co stanowi jej znikomą cząstkę podlegającą jej nieobliczalnym wpływom. „Ile piasków pustynnych przesypuje się z kraju do kraju!” – brzmi kolejny dowód w tym pokazowym procesie o „nieszczelność granic”, w którym bardziej pojętny mecenas dopatrzy się raczej braku głębszego znaczenia i arbitralności podziału planety na państwa (które w tym ujęciu mogą się kojarzyć z przestawianymi raz w tę, raz w drugą stronę komorami klepsydry) niż zasadnego zarzutu wobec posadzonej na ławie oskarżonych Matki Natury.

        „Czy muszę tu wymienić ptaka za ptakiem jak leci, / albo jak właśnie przysiada na opuszczonym szlabanie?” – następuje ciekawa, lekka („jak piórko”) gra dosłownym znaczeniem frazeologizmu „jak leci”, z której żartobliwości wyłania się jednak zaraz potem znak firmowy twórczości Noblistki, a mianowicie – wielkie, à la dziecięce zadziwienie światem i jego pozornie oczywistymi prawami. „Niechby to nawet był wróbel, a już ma ogon ościenny, / choć dzióbek – jeszcze tutejszy” – ten na pozór humorystycznie niefrasobliwy opis mieści w sobie bardzo wiele treści, skłaniając do refleksji, na ile człowiek nie jest „z natury” (a właściwie, w jeszcze większym stopniu: „z kultury”) jak ten wróbel – hybrydą rozmaitych miejsc (choćby tych, z jakich pochodzą jego przodkowie) i wpływów kulturowych i etnicznych nabywanych w ciągu całego życia. Zarazem jest w tym przeciwstawieniu „ościenności” i „tutejszości” jakaś groteskowo złowroga nuta, która kazała mi przypomnieć sobie dzięcięcy sen. Śniło mi się wówczas, że wychodziłam na dwór i bawiłam się z rówieśnikami na jednym z dwóch podwórek. Następnie, gdy się już ściemniło, żegnałam się z kolegami i wracałam do domu, co jednak w owym śnie stanowiło nie lada wyzwanie – mój dom znajdował się bowiem... pod zaborami, a granica pomiędzy nimi przechodziła przez środek podwórka! Musiałam przedzierać się do domu opłotkami, myląc czujność strażników po obydwu stronach. Dziwność, a zarazem werystyczny wręcz realizm tego snu kazały mi go dobrze zapamiętać, jako wyraz pierwszego dziecięcego zetknięcia i prób uzgadniania ze sobą dwóch opozycyjnych obszarów rzeczywistości: cywilizacji i natury (to ostatnie pojęcie tutaj w rozumieniu być może szerszym niż sam żywioł przyrody, mogłoby w tym kontekście obejmować wszystko, co dla mnie jako dziecka było swojskie czy „naturalne”). Naród to „wspólnota wyobrażona” – głosił w swej słynnej książce politolog i historyk Benedict Anderson, a w przeciwstawieniu „ościennego ogona” i „tutejszego dzióbka” wyraża się może najpełniej cała zadziwiająca abstrakcyjność podobnie (nie)ludzkich konstruktów. „W dodatku – ależ się wierci!” – zantropomorfizowane podsumowanie zachowania wróbla przywodzi ponownie na myśl rzuconego w wir nacjonalizmów, poddanego niewygodnym i uciążliwym „zaborom wyobraźni” człowieka.

        „Z nieprzeliczonych owadów poprzestanę na mrówce” – w ten sposób powraca wizja jednostkowego istnienia jako maleńkiej, niewiele znaczącej cząstki zarówno „mrowiska”, jak i obojętnej na jego obecność natury. „Trybika w machinie”, który zarazem „na pytanie: skąd dokąd – nie poczuwa się do odpowiedzi”. Zaraz, zaraz, czy wciąż mowa o mrówce? Czy to nie człowiek wyznaczył sobie (nad)ambitne zadanie przekraczania wszelkich granic, „sięga[nia], gdzie wzrok nie sięga”, „zobacz[enia] dokładnie cał[ego] t[ego] nieład[u] naraz, na wszystkich kontynentach”, jednocześnie tworząc tak totalitarne i represyjne systemy, jakich żadne zwierzę nie potrafiłoby zbudować? Więcej – zamykając w podobnych więzieniach także (a nawet, ilościowo patrząc, przede wszystkim) rośliny i zwierzęta? Liguster-przemytnik i mątwa-agresorka to wszak kolejni podejrzani we wszechogarniającym śledztwie w sprawie „cał[ego] t[ego] nieład[u]”.

        „Czy można w ogóle mówić o jakim takim porządku, / jeżeli nawet gwiazd nie da się porozsuwać, / żeby było wiadomo, która komu świeci?” – brzmi kolejne pytanie retoryczne, wyrażające tęsknotę za „jakim takim” ładem. Jednak „naganne rozpościeranie się mgły” i „pylenie się stepu na całej przestrzeni, jak gdyby nie był wcale w pół przecięty” kładą kres tej mrzonce. Pomoc nie nadejdzie ze strony „usłużnych fal powietrza”, w których zachodzi „rozleganie się głosów”: „przywoływawczych pisków i znaczących bulgotów”.

        Człowiek jest bowiem zapewne jedyną istotą wyobcowaną ze swojej natury: człowieczeństwa. Tak czytam końcowy paradoks: „Tylko co ludzkie potrafi być prawdziwie obce”. W ostatnim wersie dochodzi do kumulacji różnych znaczeń tej „nieludzkości”: „lasy deszczowe” sugerują pierwotną (choć, jak wiemy, obecnie coraz bardziej zagrożoną przez działalność człowieka) przyrodę; „krecia robota” konotuje zarówno – porażająco nieludzkie i ślepe na konsekwencje – działania dywersyjne człowieka przeciw człowiekowi, jak i, w sensie dosłownym, zachowania stricte zwierzęce; podsumowujące wiersz sformułowanie: „i wiatr” brzmi trochę, jakby autorka, a właściwie podmiot liryczny rzucał(a) (auto)ironiczne słowa: „i szukaj wiatru w polu”. Bo nie wiadomo już, w której z opozycyjnych przestrzeni: represyjnej kulturze czy odsądzanej od czci i wiary naturze, jest tego człowieczeństwa mniej.

        Na koniec – last, but not least – warto przyjrzeć się bliżej tytułowi wiersza i jego konsekwencjom formalnym. Jak czytamy w „Słowniku terminów literackich”, psalm to „hebrajska pieśń religijna o charakterze modlitewno-hymnicznym”, zaś


Uniwersalna zasada kompozycyjno-stylistyczna poezji hebrajskiej, jaką stanowi paralelizm elementów synonimicznych, antytetycznych lub wzajem dopełniających się, wymagała w przekładach psalmów rozwiązań stylistycznych nadających przekazom lirycznym charakter podniosły, uroczysty i niezwykły.


Świadoma stylizacja biblijna dostarczyła zatem dodatkowej motywacji dla charakterystycznego dla wierszy Szymborskiej zadziwienia (nie)zwykłością, a przełamana równie typowym dla Noblistki humorem podniosłość pozwoliła lepiej unaocznić fakt wprowadzenia przez człowieka opozycyjności naszych życiowych przestrzeni, podzielonych dychotomicznie na „kulturę” i „naturę”, „ludzkie” i „nieludzkie”.


W SERCU LEŚNEGO MROKU. O WIERSZU „KARDIOGRAM” KATARZYNY ZAJĄC

      W SERCU LEŚNEGO MROKU. O WIERSZU „KARDIOGRAM” KATARZYNY ZAJĄC      Zastanawialiście się kiedyś, kto jest współczesnym Chrystusem?...